Marsz śmierci z Arbeitslager Fünfteichen do Gross Rosen styczeń 1945 roku

Dziś kolejny artykuł Pana Stanisława Całego.

 

 „Ludzie ludziom zgotowali ten los” – to motto „Medalionów” Zofii Nałkowskiej jest ostrzeżeniem, by nigdy więcej taka historia się nie powtórzyła.

Na wieść o zbliżających się wojskach radzieckich Niemcy 22 stycznia 1945 toku pospiesznie ewakuują obóz filialny Arbeitslager Fünfteichen (wieś koło Jelcza – Laskowice), mieszczący się przy zakładach zbrojeniowych „Friedrich Krupp-Berta Werke”. Obóz w Fünfteichen działał w okresie od 15 października 1943 roku do 21 stycznia 1945 roku.

Poprzez zamarzniętą Odrę, przy 20-stopniowym mrozie wyrusza 6 tysięcy więźniów w łachmanach, bez odpowiedniego obuwia i okrycia. Kilkuset chorych na tyfus i wycieńczonych, nie nadających się do drogi, pozostawiają Niemcy bez środków do przeżycia – niewielu uratują nadchodzące wojska radzieckie.

Obóz w Gross Rosen – Rogoźnicy był jednym z najcięższych obozów, miał 100 filii w Niemczech, Czechach i obecnych terenach Polski. Przewinęło się przez ten obóz ponad 120 tysięcy więźniów 23 nacji, 40 tysięcy straciło życie.

W styczniu 1945 r., kiedy zarządzono ewakuację wszystkich filii obozu, główne drogi wokół Wrocławia zajmują przede wszystkim Niemcy uciekający przed zbliżającym się frontem. Więźniowie muszą często iść więc polami, ciągnąc na podręcznych wózkach dobytek esesmanów.

Kolumnę z Fünfteichen, rozciągniętą na przestrzeni 2 kilometrów, pilnują esesmani  i jednostki ukraińskie. Trzystu nadzorców z psami, dobrze i ciepło ubranych, idzie po bokach kolumny, w której znajdują się zmarznięci, wycieńczeni i chorzy ludzie wielu narodowości, w tym również zesłani do pracy w fabryce zbrojeniowej Kruppa młodzi uczestnicy Powstania Warszawskiego i żołnierze AK. Potwierdzono to podczas ekshumacji znajdując czaszki bardzo młodych ludzi. Każde wyjście poza kolumnę kończyło się śmiercią, dobijano słabych, którzy nie dawali rady iść dalej. Wycieńczeni współwięźniowie podtrzymywali chorych i słabych, gdyż do więźnia, który upadł, natychmiast doskakiwał esesman i dobijał go.

Do Tyńca Małego kolumna dotarła od strony Żórawiny około godziny 10:00 rano w dniu 24 stycznia zatrzymała się na krótki postój. Niemieccy mieszkańcy wsi Klein Tinz (Tyniec Mały) rzucali w tłum więźniów chleb z pobliskiej piekarni, mimo że esesmani grozili miejscowym bronią. Zrobiło się zamieszanie i sytuacja wyglądała bardzo groźnie. Interwencję esesmanów zażegnał inspektor Leister – zarządca majątku. Ten sam zarządca, po ucieczce z kolumny jednego więźnia, którego nie wydali niemieccy mieszkańcy, zaopatrzył go w cywilne ubranie i pomógł go ukryć. Nikt nie mógł się z więźniem dogadać i nie wiadomo jakiej był narodowości.

Tylko na odcinku od Domasławia do Tyńca Małego dobito 51 więźniów. Za kolumną jechał wóz, na który zbierano zwłoki. Na tej trasie kilka razy zaprzęg musiał wracać po zamordowanych. Ciała wrzucono do dołu miejscowej żwirowni. Często do zasypywania mogił ściągano ludność niemiecką, a była sroga zima i ziemia zamarznięta.

Po latach szczątki zabitych z tej mogiły zostały, w listopadzie 1975 roku, ekshumowane i przeniesione do Wrocławia na Cmentarz Żołnierzy Polskich na Oporowie. W latach powojennych dzieci miejscowej szkoły pamiętały o tym miejscu pochówku porządkując mogiłę. Każdego roku prace porządkowe prowadził kierownik Szkoły Podstawowej w Tyńcu Małym – Aleksander Leśniewski. Proboszcz parafii ks. kanonik Bronisław Kazak też wraz z procesją chodził do tej mogiły, aż do czasu ekshumowania szczątków. Na cmentarzu w Tyńcu Małym znajduje się obecnie symboliczna mogiła upamiętniająca czasy wojny, pomordowanych i nieludzkiego traktowania więźniów.

Na całej trasie więźniowie często nocowali na przyprószonym słomą śniegu, wielu po takim noclegu już się nie budziło… Nie dla wszystkich starczało miejsca w oborach, chlewach i stodołach. Ogólnie ludność niemiecka na trasie przyjaźnie traktowała więźniów, ale esesmani nie pozwalali na jakąkolwiek pomoc. Kiedy niemiecki mieszkaniec podarował jednemu z więźniów buty, bo szedł w owiniętych szmatami stopach, a zobaczył to nadzorca kolumny, to był to powód do zastrzelenia więźnia. Zdarzali się też i agresywni mieszkańcy – Ci obrzucali więźniów obelgami, a czasami rzucali się i do rękoczynów.

W Strzeganowicach na wieść o zbliżającej się kolumnie miejscowi Niemcy przygotowali jedzenie i nagotowali kawy, jednak strażnicy nie pozwolili rozdać tego poczęstunku więźniom.

Nadmienię, przed wojną w tej wsi żyli również mieszkańcy posiadający korzenie polskie. Do dzisiaj stoi dobrze utrzymany poniemiecki obelisk z niemieckimi i polsko- brzmiącymi nazwiskami poległych w I Wojnie Światowej mieszkańców Strzeganowic..

Na każdym postoju strażnicy wyszukiwali słabych i chorych, których rozstrzeliwali. Często po odejściu kolumny słychać było jęki z pośpiesznie zasypanej mogiły. Niektórzy więźniowie nie wytrzymywali poganiania, ciągłego zimna, chorób i odmrożeń, głodu, zmęczenia, strachu i widoku katowanych ludzi. Wystarczyło wyrwać się z szeregu…

W Strzeganowicach i Różańcu na terenie żwirowni mogiły zasypywali jeńcy radzieccy.

Takich zbiorowych mogił na całej trasie odkryto już sporo, jednak dalej brakuje miejsc pochówku wielu więźniów. Po latach odkrywane są kolejne przy wykonywaniu prac ziemnych. Szczątki poległych z odnalezionych mogił przenoszone są na cmentarze. W wielu miejscach wzdłuż trasy przemarszu są mogiły, tablice i pomniki upamiętniające ten dramat.

W Kątach Wrocławskich w na cmentarzu, na którym pochowano po wojnie żołnierzy radzieckich, znajdują się również mogiły ekshumowanych szczątków poległych w czasie marszu do Gross Rosen. Przed laty staraniem Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej, po długim załatwianiu wszelkich możliwych formalności przez nieżyjącego prezesa Jerzego Grendę, przy wsparciu władz gminnych, członkowie Stowarzyszenia wykonali przebudowę zniszczonych lastrykowych nagrobków. Powstały wtedy nowe solidne granitowe pomniki nagrobne, a wiele prac zrealizowano społecznie. Każdego roku członkowie SMZK zapalają w tym miejscu symboliczny znicz pamięci.

Do Gross Rosen dotarło z tej kolumny jedynie 4000 „ludzi-zjaw”, skąd dalej byli rozsyłani do innych obozów. Wyzwolenia doczekało jedynie kilkuset więźniów z kolumny – opowiedzieli oni o nieludzkich warunkach, w jakich przyszło im żyć i pracować w okresie wojny. Nawet jeżeli doczekali wyzwolenia – byłi tak wycieńczeni i chorzy, że szybko umierali.

Warto tu wymienić miejscowości, przez które przechodziła kolumna: Miłoszyce, Ratowice, Groblice, Św. Katarzyna, Żórawina, Księgnice, Domasław, Tyniec Mały, Małuszów, Strzeganowice, Różaniec, Kąty Wrocławskie, Piotrowice, Kostomłoty, Wichrów, Mieczków, Jaroszów, Strzegom.

Miejsca zbiorowego pochówku, często na żwirowniach, odnajdywane są wiele lat po wojnie na całej trasie przemarszu podczas wykonywania prac budowlanych. Porównując szacowane liczby ofiar  w czasie tego marszu do liczby ekshumowanych ciał  można przypuszczać, że wiele mogił jeszcze nie zostało odnalezionych.

Jerzy Urbaniak przed wielu laty w swoim opracowaniu zawarł taką myśl:

Pamięć o Fünfteichen powinniśmy pielęgnować i przekazywać następnym pokoleniom. W żaden inny sposób nie uszanujemy cierpień sześciu tysięcy ludzi, którzy pół wieku temu zmagali się z okrucieństwem, zimnem, głodem, chorobami, nadludzkim wysiłkiem, własną słabością i strachem o życie swoje i kolegów – współwięźniów”. http://miloszyce.republika.pl/historia.htm

Pogrzeb ekshumowanych szczątków

Nagrobki po przebudowie

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykonaj działanie *