Katastrofy, powodzie

 

Niedawna katastrofa na stacji paliw nie była jedynym głośnym wydarzeniem w historii Kątów Wrocławskich. Do równie głośnych, a dziś już prawie zapomnianych wydarzeń w naszym mieście nawiązują poniższe artykuły. O wybuchu w fabryce amunicji donosiła lokalna gazeta, a o jednej z większych powodzi popularna przed wojną broszurka „Heimat”. Te wyblakłe historie, opisane miejscami w dość specyficznym stylu, pozwalają wydobyć z zapomnienia tamte emocje.

Katastrofa w fabryce amunicji w Kątach Wrocławskich.

Dnia 4 sierpnia 1920 roku potężna eksplozja wstrząsnęła miasteczkiem. Była ona wynikiem eksplozji materiałów wybuchowych w fabryce amunicji, która znajdowała się na terenie Zakładów Metalurgicznych „Mark” przy ulicy prowadzącej do Nowej Wsi (dzisiaj ulica Nowowiejska). W hali magazynowej położonej właściwie poza terenem fabryki, jeden z czterech zatrudnionych tam przy przepakowywaniu prochu robotników zauważył ogień wydostający się ze stojącej w rogu hali skrzyni. Działo się to około wpół do jedenastej przed południem. Pracownicy, którzy znajdowali się w pomieszczeniach fabrycznych natychmiast zostali zaalarmowani okrzykiem „ogień!!!” i ratowali się ucieczką. Z miejsca przypuszczalnego źródła ognia usłyszano kilka mniejszych eksplozji, a po chwili z olbrzymim hałasem, gwałtownym podmuchem oraz wybuchem słupa ognia, ta wielka budowla wyleciała w powietrze. Niesamowity podmuch powietrza zburzył halę, budynek zarządu znajdujący się obok hali magazynowej, jak również oba długie budynki fabryczne uległy zniszczeniu – aż do fundamentów. Leżąca na uboczu stolarnia też została zupełnie zdemolowana. Fruwające wszędzie płonące materiały wybuchowe spowodowały pożar dachu wieży ciśnień, portierni oraz budynku biurowego. Jak duży był to wybuch świadczy fakt, że również w mieście powstały wielkie szkody: w domach z okien, i wystaw powypadały szyby. Uszkodzone zostały dachy, zniszczone tynki sypały się na ulice, wielu ludzi znajdujących się w domach zostało powalonych, a nad miastem unosił się gęsty żółto-czarny dym wymieszany z syczącymi kolorowymi racami. Zabrzmiały syreny straży pożarnej, a ulicami biegali krzyczący ze strachu na wpółprzytomni ludzie. Szczęście w nieszczęściu, że mimo tak dużej paniki, nikt w tej katastrofie nie zginął. Nasza dzielna ochotnicza straż pożarna zebrała się natychmiast w remizie przy swoim sprzęcie i pod dowództwem pana Prietzela, z pomocą wielu młodych ochotników i mieszczan, natychmiast uruchomiła sprzęt gaśniczy i pojechała do miejsca pożaru. Na rozkaz ogniomistrza Käfela został zorganizowany też drugi oddział, który okolicznymi dróżkami został skierowany w kierunku gazowni celem ochrony znajdujących się tam budynków. Ze względu na możliwości dalszych eksplozji były to bardzo niebezpieczne akcje. Dzielni strażacy i synowie mieszczan dotarli z pierwszym zespołem gaśniczym, jadąc obok palącej się stróżówki do płonących zabudowań administracyjnych, aby ratować je przed zniszczeniem, jak również dokonać zabezpieczeń wszelkich ruchomości. Wspominamy ich w tym miejscu, gdyż właśnie oni w przeciwieństwie do niektórych dekowników wykazali się wysoką osobistą odwagą. Z ochotniczej straży pożarnej byli to panowie Prietzel, Reichelt junior, Druhm junior, a także synowie naszych obywateli, którzy dobrowolnie stawili się do dyspozycji: panowie Jauering junior i Diller junior. Obawiając się też rozprzestrzenienia ognia na zmagazynowane tu duże zasoby prochu, zarządzono ewakuację mieszkańców miasta Kąty. Tłumy mężczyzn, dzieci i kobiet obładowanych niezbędnymi, a jak naoczni świadkowie twierdzą, często i zbędnymi rzeczami jak ręczniki, sprzęty kuchenne itd., ciągnęły poprzez las miejski do Sośnicy, Krobielowic i Wszemiłowic. Niektórzy opowiadali, że uciekali aż do Gniechowic i Sadkowa. Ogólnemu strachowi i podnieceniu należałoby przypisać fakt, że mimo braku okien, a nawet drzwi w niektórych mieszkaniach nie odnotowano żadnej kradzieży. W międzyczasie dotarła również wezwana telefonicznie straż pożarna z Wrocławia oraz drużyny strażackie z sąsiednich gmin. Wrocławska straż przejęła nadzór nad licznymi zasobami prochu. Przybył także Prezydent Policji wrocławskiej, pan Eugen Ernst z oddziałami policji bezpieczeństwa i zastępca zarządu oficerskiego garnizonu wrocławskiego. Na miejsce pożaru dotarły również setki ciekawskich z zachodnich i południowych wiosek takich jak: Nowa Wieś, Kilianów i inne. Na jakie niebezpieczeństwo byli wszyscy ci ludzie narażeni stało się jasne dopiero wtedy, gdy obecny na miejscu podporucznik straży pożarnej stwierdził, że wypełnione prochem skrzynie zostały rozbite podmuchem powietrza, a leżący w nich proch leżał rozsypany na ziemi i stwarzał zagrożenie z powodu braku zadaszenia oraz utworzonego pod wpływem ognia wirującego w górę powietrznego komina. Najmniejsze z tysięcy fruwających wokół iskierek wystarczyłyby, ażeby wywołać znacznie większą i groźniejszą w skutkach eksplozję. Pod kierunkiem oficerów, czterech najdzielniejszych strażaków podjęło się dzieła zabezpieczenia tego prochu. Na odbywającym się następnego dnia wieczorem zebraniu poinformowano mieszczan, że z 16 wagonów z ciężkimi granatami skierowanych tego dnia do przeróbki w Kątach, dwa dotarły już do miasta, lecz zostały natychmiast odesłane. Zapobiegło to temu, że Kąty wraz ze swymi mieszkańcami mogły stać się dziś tylko ogromnym lejowatym polem. Życie 3000 ludzi wisiało na włosku, bo gdyby te ciężkie granaty wyleciały w powietrze, to wg oceny fachowców, nie zostałby w Kątach żaden cały dom. Jeżeli nawet wcześniejsza ucieczka mieszkańców wydawała się śmieszna, to była ona jak najbardziej uzasadniona.

Po dawnej fabryce amunicji w Kątach zachowały się jedynie emitowane tam 5 i 10 fenigowe notgeldy


Na podstawie tłumaczenia Grzegorza Kleinerta.

Powódź w Kątach w 1938 roku

Z powodu nieustannych ulewnych deszczy w drugiej połowie sierpnia 1938, wody Bystrzycy i Strzegomki wystąpiły z brzegów. Woda zalała park miejski, pola ze zbożem, jak też łąki między terenem należącym do kolei a wsią Pełcznicą. Szosa od Kątów do miejsca spoczynku Blüchera była zalana na ¾ wysokości mostu nad Bystrzycą. Ruch utrzymywano dzięki temu, że wysoki wóz skrzyniowy niezmordowanie transportował pieszych i rowerzystów w obydwie strony. Niecodzienne widowisko przyciągało setki ludzi. Również w parku miejskim i na moście na Bystrzycy kontrolowano bacznie podnoszenie i opadanie poziomu wody. Zmniejszenie opadów pozwalało mieć nadzieję, że powódź wkrótce się zakończy. Jednak nowe opady w środę i czwartek (31 sierpień i 1 wrzesień), spowodowały, że wody Bystrzycy, a zwłaszcza Strzegomki na nowo się podniosły.

Widok na miasto od strony autostrady, na tej niezbyt wyraźnej fotografii widać jakie powstało olbrzymie jezioro


W parku miejskim most drewniany został zerwany. Na nowym boisku sportowym utworzyło się jezioro, którego wody sięgały aż do starego dziedzińca zamkowego (zaplecze GOKiS-u). Również za dziedziniec wtargnęły wody powodzi i większa część ul. Zwycięstwa została skryta pod wodą. Dnia 1 września Ochotnicza Straż Pożarna została postawiona w stan gotowości. Punkt kulminacyjny powódź osiągnęła w nocy z 2 na 3 września. Tym razem to Strzegomka spowodowała największe szkody. Potężnie spiętrzone wody przedarły się przez przepust nasypu kolejowego, przedostały się na ul. Okrzei (d. „Osiedle pionierów”) równoległe do ulicy 1-Maja (d. Dworcowej) w kierunku miejskich zakładów. Z niesłychaną prędkością wznosił się poziom wody. Działki po południowej stronie ulicy 1-Maja, jak też cała ulica Wrocławska znalazły się pod wodą.

To miejsce, to dzisiejsza ulica J. Popiełuszki. Zdjęcie zrobione od strony poczty


Przy młynie miejskim utworzył się duży zbiornik z napływającej wody, aby dostać się do głębiej położonego koryta Bystrzycy. Na podwórku domu sierot („Kyffhäufer”) woda stała do wysokości 1,5 m. Szczególnie zagrożone były zakłady miejskie. Otwory retort zakładów gazowniczych musiały zostać wygaszone, aby zapobiec groźnej w skutkach eksplozji. Z tego powodu unieruchomione zostało zaopatrzenie miasta w gaz świetlny i gaz do gotowania aż na trzy tygodnie (doprowadziło to do wysokiej koniunktury na spirytusowe maszynki do gotowania). Tylko wytrwałym i niezmordowanym wysiłkom straży pożarnej można zawdzięczać, że zakłady wodociągowe pozostały czynne. Cała promenada (aleja lipowa na ul.Wrocławskiej) tworzyła jedno jezioro. Uliczki wokół Rynku i ulica gen. Okulickiego (d. Horst –Wessel Straße) stały w połowie pod wodą. W niektórych domach na Wrocławskiej woda stała w mieszkaniach do wysokości 1,20 -1,50 m. Aby zapobiec dalszemu wzrostowi poziomu wody, ulicę przy młynie miejskim musiano przekopać tak, aby woda z ul. Wrocławskiej miała lepszy odpływ do koryta Bystrzycy. Co osobliwe, w czasie najwyższego stanu wód Strzegomki, stan wody w Bystrzycy i młynówce był o 0,5 m niższy, tak że młynówka przyjmowała masę wodę z miasta. W przeciwnym razie, poziom wody najprawdopodobniej byłby o 0,5 m. wyższy i być może dotarłby do Rynku. Niebezpieczne miejsce na Strzegomce powyżej młyna (Kiesgrunder Mühle- młyn na żwirowni) jest do dziś (art. pisany w 1939 r !) niewyczyszczone. Przy nadzwyczaj groźnej powodzi wiosennej mogą tu zaistnieć podobne sytuacje jak owej okropnej nocy z 2 na 3 września 1938 roku. Katastrofa powodziowa takiego rozmiaru, jaki został tu opisany, uczyniła koniecznym użycie wszelkich dostępnych sił i organizacji. W sposób godny naśladowania dowiodły tego, biorąc udział w obronie miasta. Ich wkład zasługuje na bezgraniczną pochwalę, a pojęcie takie jak wspólne dobro nie było dla nich pustymi słowami.

Zalany młyn w Sadowicach

Przerwanie wału w Romnowie w 1938 roku.

Artykuł ten został napisany przez właściciela majątku w Romnowie – von Leadera.

Powódź z 27 sierpnia 1938 roku prawie osiągnęła wysokość wód wielkiej powodzi z 1928 roku, po której wszędzie wzmocniono i uzupełniono wały, a pozostałe środki ochrony (śluzy, rowy odwadniające) były w dobrym stanie. Woda ta już opadała, kiedy 31 sierpnia zaczęły się nowe ogromne opady deszczu i utrzymywały się do 2 września do 8 rano. Od czwartku wieczorem (1.09.1938 r), było dla mnie jasne, że będziemy musieli się liczyć z powtórką powodzi o znacznie większym natężeniu. Dlatego też w piątek rano udałem się do burmistrza i zadeklarowałem, że podwyższę, poprzez nawiezienie odpowiedniego materiału, tzw. część gminną wałów, które od czasu powodzi w 1928 roku nie były wzmacniane. Po konsultacji burmistrza z członkami rady gminnej rozpoczęto pracę jeszcze przed południem, a po południu była ona kontynuowana z pomocą wszystkich moich ludzi i współpracowników. Poza tym nakazałem przygotować cztery wozy z workami piachu na zabezpieczenie najsłabszych miejsc wału. Dalej – kazałem na wszelki wypadek uprzątnąć dolne poddasze i szopę na nawóz. W piątek przed południem ok. godz. 10.30 zadzwoniłem do p. starosty i poprosiłem o pomoc w uformowaniu zespołów ludzi na nadchodzącą noc, podczas której oczekiwałem powodzi. Obiecano mi pomoc z Małkowic, Sadkowa i Kębłowic. Moi współpracownicy i tych 25 ludzi spotkali się o 8 wieczorem. Po południu był tu osobiście pan starosta, który w towarzystwie nadzorcy budowlanego oraz burmistrza obejrzeli wały. Przed zapadnięciem zmroku nieprzerwanie obecny był naczelnik urzędu.

Zdjęcia były robione w czasie opisywanej tu powodzi.


Stan Bystrzycy pogorszył się silnie od godz.16,00 i o 22,00 przekroczył punkt krytyczny. Nie mogłem już dłużej obserwować stanu wody, ponieważ pochłonęły mnie prace przy wałach. W każdym bądź razie Bystrzyca w Kątach wciąż przybierała do godz. 24,00 i utrzymywała swój najwyższy stan do następnego wieczora do godz. 21,00. Stąd też należy przyjąć, że fala powodziowa nie dotarła do Romnowa przed godz. 2,00 w sobotę. Pomimo że w wielu miejscach małe wyrwy zapchano workami z piaskiem, to wały nasiąkały i robiły się miękkie. Ok. godz. 22,30 szeroki na 10 m odcinek po wewnętrznej stronie tamy całkowicie się obsunął. Podczas niebezpiecznej pracy podparto miejsce wyłomu, wkładając w nie ok.300 worków z piachem, do czego też od około 24,00 przyczyniła się doraźna pomoc ok. 25 mężczyzn. Również inne miejsca groziły obsunięciem, ale zostały wzmocnione grubymi deskami i tykami. Ok. godz. 1,00 na prośbę p. naczelnika urzędu ściągnąłem część moich ludzi i współpracowników, których zarezerwowałem sobie na sobotę przed południem. Pomimo, że nasza uwaga przede wszystkim koncentrowała się na obsuwających się miejscach, należało pozostałą część tamy również obserwować. Ja sam byłem wielokrotnie przy „czarnej dziurze” i cieszyłem się za każdym razem, że właśnie tutaj, na zagrożonym odcinku wału nie było widać żadnego słabego miejsca. I nagle ok. 2,30 powstała tak szeroka i głęboka wyrwa, że nie można było już tego zatamować. Nawet gdyby się to udało, to należy przyjąć, że całkowicie rozmiękczony i nie mający solidnych fundamentów, posiadający wiele pęknięć i obniżeń wał, w innych miejscach nie wytrzyma ogromnego nacisku. Tak też natychmiast zaprzestano pracy i udano się do przygotowanych pomieszczeń w głębiej położonych częściach wsi. Wał trzymał się jeszcze do ok. 2,50. Ok. godz. 3,00 woda wdarła się na podwórze i pół godziny później pomieszczenia dla przychówku, pałac, stodoła, a zaraz potem stajnia i obora znalazły się pod wodą. Od wody wolne były tylko: dom mieszkalny, służby, i szopa na nawozy. We wsi najciężej dotknięta była gospoda i gospodarstwo Schilka z domem mieszkalnym, Pieiskera i Glatzela. Dotknięte zostały gospodarstwa Rippich, Ocklitza, Ridela i Deischela. Faktycznie pod wodą znajdowała się tylko część wsi wokół oberży. Ponieważ ewakuacja była przygotowana wcześniej, i przebiegała spokojnie, to oprócz kilku kur i indyków nie zginął żaden inwentarz. Ok. godz. 6.00 wprowadzono policję wrocławską, która pomagała tu i ówdzie przy pracach ewakuacyjnych, tak że o godz. 11.00 zrezygnowano z doraźnej pomocy ochotników. Mimo szerokiego na 30 m wyłomu w wale, przez które potworne ilości wody wpływały i które przypływały obok pałacu do Strzegomki, to woda w Bystrzycy jeszcze do sobotniego wieczora miała poziom wyższy niż w 1928 roku. Na wsi woda opadała wskutek złych spadków terenu i odpływów bardzo powoli, a stała na podwórkach jeszcze 4 dni po pęknięciu wału, tak, że transport odbywał się tylko wozami i łodziami. Jakie zakłócenie w życiu wsi to oznaczało nie da się opisać, jednak ciepła pogoda jako tako złagodziła na szczęście naszą niedolę.

Strzegomka i Bystrzyca1

Opis tych rzek sporządzony przez „Prowincjonalnego Radcę Budowlanego” z Legnicy w 1939 r.

Należy tu brać pod uwagę, że w tym czasie na Bystrzycy był tylko jeden zbiornik retencyjny kolo Lubachowa (Jezioro Bystrzyckie zwane też Lubachowskim) o poj. 8 mln. m3wybudowany w 1911 r., nie było jeszcze zbiornika w Mietkowie (zbudowany w latach 1974-1986 r. o poj. 65 mln. m3).

Ulica Wrocławska w czasie powodzi w roku 1977, kiedy to jeszcze zbiornik w Mietkowie nie był oddany do użytku


Jeśli chodzi o powódź, to do najbardziej niebezpiecznych rzek, które podlegają opiece zarządu rzek i które przepływają przez okręg wrocławski są: Bystrzyca i Strzegomka. Bystrzyca, lewy dopływ Odry wypływa z Głuszycy Górnej we wschodniej części Gór Sowich. Geneza nazwy wywodzi się stąd, że dawniej woda z dużą szybkością i hałasem wypływała z jaskini. Źródło wody leży na wysokości 580 m npm. Po przejściu ok. 110 km2 Bystrzyca wpada na Praczach Odrzańskich do Odry. Miejsce ujścia leży 107,8 m npm, tak że różnica wysokości między źródłem a ujściem wynosi 472 m. Poza Piławą, prawobrzeżnym dopływem Bystrzycy, która pod Wiśniową wpływa, przyjmuje Bystrzyca jako znaczący dopływ w Samotworze z lewej strony wody Strzegomki 3. Wypływa ona na wysokości 480 m npm z masywu Łysicy w Górach Wałbrzyskich, i po przepłynięciu 76 km w Samotworze wpada do Bystrzycy. Miejsce ujścia leży na wysokości 119,5 m npm tak, że różnica między źródłem a ujściem wynosi 360,50 m. Przepływ wody w korytach Bystrzycy i Strzegomki jest w większej części roku tak mały , że ledwie wystarcza do napędu tak licznie funkcjonujących młynów i że właściwie łożyska rzek poniżej jazów są prawie suche. Woda z roztopów wiosennych powoduje przybieranie obu rzek na przeciętną głębokość 1-1,5 m, co sprawia w dolnym biegu ciągłe wystąpienia z brzegów. Ponieważ te wiosenne powodzie występują w lutym i w marcu, to z reguły nie wyrządzają żadnych znacznych szkód. Inaczej się sprawy mają podczas powodzi letnich, które często dotykają Bystrzycę i Strzegomkę. Pewną właściwością tych obu rzek, wspólną z rzekami górskimi, jest silne wywoływanie powodzi letnich, które powstają wskutek niezmiernej obfitości opadów. W ostatnim półwieczu miały miejsce powodzie w latach: 1883, 1888, 1889, 1890, 1891, 1896, 1897, 1903, 1907, 1917, 1920, 1926, 1927, 1928, 1930. Niszczące działanie powodzi z 31 lipca 1897 roku stało się powodem do ustanowienia śląskiego przepisu o ochronie przeciwpowodziowej z 3 lipca 1900 r. Przepis ten zleca prowincji Śląsk rozbudowanie i utrzymanie najważniejszych rzek górskich, którym grozi powódź, przede wszystkim Strzegomki i Bystrzycy. Pod pojęciem rozbudowy należy rozumieć przede wszystkim środki, do zgodnego z przepisami, odnowienia koryta i brzegów rzek, jak też do regularnej kontroli i zapobiegania tworzeniu urwisk, dalej do koniecznego oczyszczenia terenu brzegowego ze względów na odpływ wód powodziowych i założenia urządzeń do wstrzymywania wód. Pierwsza rozbudowa nastąpiła dzięki związkowi prowincji, stosownie do znanego wcześniej publicznie i zatwierdzonego przez naczelnego prezydenta prowincji śląskiej, planu. Koszty rozbudowy w wysokości 4/5 ponosiło Państwo Pruskie do czasu wybuchu inflacji, a od roku 1926 ponosiło owe koszty w połowie, pozostałe koszty wziął na siebie związek prowincji Dolnego Śląska. Koszty, które związek prowincji ponosi z tego tytułu, a które przez to wzrosły, łącznie z wynagrodzeniem mistrzów rzecznych miały być zdobyte od osób mieszkających nad rzekami z tytułu wzrostu składek katastralnych od rzek. Do osób mieszkających nad rzekami należą przede wszystkim właściciele działek nad brzegami, jak też wszystkich działek budowlanych i innych terenów, których obszar zajęła największa powódź w 1897 roku. Prace związane z rozbudową zabezpieczeń na Bystrzycy rozpoczęły się w 1910 roku w jej górnym i dolnym biegu. Wojna światowa, załamanie i inflacja temu przeszkodziły. Dopiero w 1931 roku mogły być zaplanowane i podjęte prace w ograniczonym zasięgu. W pierwszym etapie poprawiono złą sytuację dotyczące odpływów powodziowych powyżej „Młyna Arnolda” w Jarnołtowie i obrębie „Młyna Schillera” koło Samotworu – dzięki budowie niecki retencyjnej. Zbudowana w 1931 r. jest niecka ma 35 m szerokości i 520 m długości. Niecka ta stanowi połączenie wody nad śluzą i wód podskórnych w Jarnołtowie przy ominięciu tamy. Rozgałęzia się ona ok.1,5 km powyżej Jarnołtowa z lewego brzegu i uchodzi poniżej tej miejscowości. Pozwala ona na uniknięcie wysokiego spiętrzenia wody, przy niewystarczających urządzeniach odciążających Jarnołtów, co dawniej przedłużało czas trwania powodzi i wytwarzało niekorzystne spiętrzenie wody- tzw. cofkę. Wysoki stan wód gruntowych trwał często wiele tygodni. Szczególnie szkodliwe okazywały się często występujące powodzie, podczas których „Młyn Schillera” i okolice co roku całymi tygodniami były całkowicie odcięte, tak że obok strat w gospodarstwach, które w pewnych częściach wynosiły 100% były również straty w młynach i zajazdach. Jako kolejny środek, zbudowano w 1931 roku, na miejscu wcześniej istniejącej stałej tamy na Bystrzycy w Skałce, nową tamę ze śluzą gruntową. Wyburzona stara tama była mało sprawna, przy powodzi woda zalewała dwustronnie nabrzeża na dużym obszarze do 125 ha. i, opadając, spływała bardzo wolno. Dzięki nowej tamie odpływ wody na odcinku rzeki powyżej tamy istotnie się poprawił. Związana z tym korzyść polegała na tym, że wskutek większej wydajności tamy przy nadchodzącej powodzi woda miała szybszy odpływ, a występowanie wody z brzegów tamy następowało później niż dotychczas tj. dopiero podczas spuszczania wody z prędkością większą niż 45 m3/s . Przeciwnie – podczas opadającej wody powodziowej z obszaru powyżej tamy wcześniej ustępowała woda i tym samym cel został osiągnięty. Od roku 1933 prace przy rozbudowie na dolnej Bystrzycy i Strzegomce w powiecie wrocławskim były bardziej intensywnie kontynuowane, a niekorzystne czynniki powodziowe istotnie polepszone, zwłaszcza na dolnej Bystrzycy i Strzegomce, gdzie woda wylewała na ogół dość szeroko i odpływała b. powoli. Podczas powtarzających się powodzi w ostatnich latach, szczególnie w roku 1928, łąki i pola znajdowały się wiele tygodni pod wodą. Z tego powodu gniła na łąkach darń, chwasty rozrastały się coraz bardziej i zmniejszały dochód, a bydło po okresie powodziowym było narażone na niebezpieczne choroby.

Powodem niekorzystnie długich powodzi były abstrahując od niewielkich spadków rzek i wąskiego przekroju poprzecznego koryt, znajdujące się blisko jedna obok drugiej tamy z niewystarczającymi urządzeniami odciążającymi. Szkodliwy wpływ owych tam był spotęgowany jeszcze przez ich niekorzystne położenie, jak też przez silne zakręty rzeczne. Niezbędnym okazało się polepszenie odprowadzenia wody powodziowej, aby ograniczyć długi okres wylewowy. Naturalnie chodziło tylko o to, aby te odcinki, które wykazują szczególnie małe możliwości przepustowe tak rozbudować, aby mogły się one dopasować do przeciętnej wydajności pozostałych odcinków.

Rok 1977, w głębi ulica Sobótki. Zalane boisko sportowe, dzisiaj OSiR


Celem, do którego się dąży jest podwyższenie możliwości odprowadzenia wody z Bystrzycy, będącej po brzegi pełnej wody powyżej ujścia Strzegomki na 45 m3/s tj. 1/7 całej ilości wody powodziowej, oraz poniżej owej odpowiednio na 70 m3 /s, tj. na 1/6 największej ilości wody powodziowej. Także możliwość odprowadzenia wody ze Strzegomki w stanie, gdy woda sięga brzegów na 50 m3/s. tj 1/6 największej ilości odprowadzenia wody powodziowej. Te ilości wody byłyby przekroczone przeciętnie co 7 miesięcy. W 1/3 przypadków przypada w czasie wzrostu opadów, 2/3 w czasie topnienia śniegów. W latach 1933/34 przebudowano najpierw bieg Bystrzycy między Skałką (od mostu na szosie) a tamą w Samotworze, w celu uzyskania możliwości odprowadzenia wody, gdy jest pełna, do 45 m3/s. Długość tego odcinka rzeki wynosi 1,6 km. Bieg rzeki na tym odcinku był nieuregulowany a wzmocnienia brzegów były prawie na całej długości zniszczone i wydane na ataki powodzi. Dalej, w latach 1935/36 zwiększono znacznie możliwości odpływu wody powodziowej na Bystrzycy w Samotworze, teraz młynówka przy stanie 45 m3/s odprowadza 36 m3/s wody. Pozostałe 9 m3/s przepływają przez przeloty na tamie. Następnie, miejsce ujścia Strzegomki do Bystrzycy przesunięto o ok. 100 m poniżej i rozbudowano je dla poziomu przepływu wody w ilości 34 m3/s. W roku 1936 uregulowano Bystrzycę między tamą w Skałce a Leśną Doliną. Pogłębiono dno, a przekrój powiększono. Niezbędna była też regulacja odcinka rzeki za pomocą 5 przekopów. Stare odnogi były źle zbudowane, a jeśli chodzi o górne odgałęzienia, to dolne końce pozostawały ze względu na rybołówstwo otwarte. Strzegomka mogła w latach 1933/34 zostać rozbudowana generalnie od Piotrowic do Gałowa. Zbudowano przepusty dla wody odpływowej do 50 m3/s. Przy szerokości dna 7 m i potrójnej skarpie okazała się niezbędna głębokość 2,2-2,6 m. Osiągnięto ją dzięki pogłębieniu dna i wyższemu usypaniu skarp. Na odcinku od mostu ulicznego Kąty-Pełcznica do ujścia młynówki z młyna Wincentego brakło niezbędnej ilości ziemi do usypania skarpy na odpowiednią wysokość. Były one budowane z wolna materiałami zdobywanymi podczas prac porządkowych. Tak samo rozbudowywano odcinek przy młynie chmielowickim, pod Stoszycami i Gałowem. Do odprowadzenia wody powodziowej poszerzono również rów odpływowy przy chmielowickim młynie dla ilości wody odpływowej 12 m3/s. W trakcie prac musiano przebudować lub rozbudować 5 tam i 8 mostów, których przekrój przepustu był za mały, co powodowało przy powodzi zbyt duże spiętrzenie wody. Dzięki wyżej opisanym i przeprowadzonym pracom budowlanym, osiągnięto stan, kiedy często występujące powodzie; na Bystrzycy do 45 m3/s, a na Strzegomce do 50 m3/s mogły być bezpiecznie odprowadzone. Podczas rzadziej występujących powodzi z przepływem ponad 45 do 50 m3/s zmniejszono szkody, które te powodzie powodowały. Zabezpieczenie obu niebezpiecznych rzek ze względu na powodzie można uznać za zakończone dzięki przeprowadzonym pracom budowlanym. Tylko małe odcinki należałoby w przyszłości rozbudować.

Na podstawie tłumaczenia Małgorzaty Grenda

opracował:Jerzy Grenda


1 Bystrzyca – niem. Weistritz, dawniej zwana także Świdnicką Bystrzycą- Schweidnitzer Weistritz, lub Świdnicką Wodą.
2 Dzisiejsze źródła podają dł.ok.95 km. Prawdopodobnie różnica wynikła po oddaniu do użytku zbiornika w Mietkowie i prac regulacyjnych.
3 Zbiornik retencyjny oddany w 1986 o poj. ok.11 mln m3 tzw. Zbiornik Dobromierz.